5 lutego 2017

Marek Krajewski - "Śmierć w Breslau" Świat w którym słowo uczciwość nie istnieje.

"Jestem odizolowanym mini wszechświatem, w którym panuje wielokierunkowa grawitacja spajająca wszystko w ciężkie i stężone bryły."



   Pierwsze zetknięcie z twórczością pana Marka Krajewskiego zapoczątkowało mój czytelniczy rok? Jak było? Czy jestem zadowolony i z chęcią wrócę do książek tego wrocławskiego autora? A może jednak będę się od nich trzymać na dystans? Ciekawi jesteście  jakie są odpowiedzi na te pytania? 
    To zapraszam do lektury dalszej części wpisu!


   Wrocław, pierwsza połowa XX wieku.

 Dochodzi do ogromnej tragedii. Odnalezione zostają zwłoki dwóch zamordowanych kobiet. Ale nie jest to byle jaka zbrodnie. Kobiety zostały pozbawione życia w niezwykle brutalny i przerażający sposób. A na ścianie ktoś napisał dziwne przesłanie... krwią ofiar. W dodatku na miejscu zbrodni znajdują się skorpiony. Całe mnóstwo skorpionów.

  Do sprawy zostaje przydzielony wrocławski policjant kryminalny Eberhard Mock. Słynący z bardzo specyficznego podejścia do swoich obowiązków mężczyzna chcąc rozwikła zagadkę tego tajemniczego mordu wchodzi w świat w którym słowo uczciwość nie istnieje, a korupcja i dbanie przede wszystkim o własne interesy są na porządku dziennym. By dojść do prawdy będzie musiał postawić na szali swoją karierę. Tylko czy jest na to gotowy? Czy będzie tak zdeterminowany by złapać mordercę, że zaryzykuje utratę posady?  Mock ma świadomość, że grunt po którym stąpa jest bardzo grząski i jeden niewłaściwy krok może doprowadzić do tragedii.

   Jeżeli miałbym opisać "Śmierć w Breslau" jednym słowem to powiedział bym z pewnością: "oryginalna". Dlaczego? Z jednej prostej przyczyny. Pomysł na ten kryminał jest sam w sobie wyjątkowy. Nie powiem, że ta książka jest moją ukochaną, że pasjonowała mnie od samego początku. Że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że ta historia ma w sobie coś co sprawia, że z każdą stroną coraz ciężej jest się od niej oderwać. To coś pcha nas cały czas do przodu, a aura tajemniczości tylko tę ciekawość potęguje.

   Dodatkowym plusem książki w której poznajemy Mocka jest osadzenie akcji we Wrocławiu i to w latach 30-tych XX wieku. Jako, że od urodzenia jestem mieszkańcem Dolnego Śląska to czytanie książki, której akcja rozgrywa się w takim miejscu jest nie lada gratką. Wartością dodaną. Daje możliwość poznania tego miasta od trochę innej strony niż ta którą ja znam ze współczesności.

   Pisząc krótką opinię na temat tej książki nie mogę nie wspomnieć o głównym bohaterze tej serii czyli Eberhardzie (ładne imię) Mocku. Na pierwszy rzut oka jest... dziwny. Chociaż ok, może nie dziwny ale na pewno osobliwy. Ma bardzo charakterystyczne podejście do życia i swoich obowiązków a jego metody pracy i szeroko pojętą kulturę osobistą nie zawsze można nazwać (delikatnie mówiąc) idealną. Lecz na pewno nie można mu odmówić inteligencji. Zdecydowanie jest postacią niekonwencjonalną, która dodaje tej powieści uroku.

  Kończąc ten przedziwny (moim zdaniem) wpis powiem Wam, że książkę "Śmierć w Breslau" naprawdę z czystym sumieniem mogę polecić miłośnikom retro kryminałów, których akcja dzieje się przed laty oraz osobom, które bardzo lubią historie. Ja zdecydowanie do drugiej grupy się zaliczam, a po lekturze tej książki dołączę także do fanów twórczości pana Marka Krajewskiego. Bo mimo, że ta przygoda czasem była ciężka i mimo że bywało, że czytałem dany fragment po kilka razy, bo ciężko było się odnaleźć w tych innych realiach to jednak wrażenie końcowe jakie wywarła na mnie pierwsza część przygód Mocka muszę ocenić niezwykle pozytywnie.


P.S.  Chyba muszę wrócić do pisania recenzji "na gorąco", bo przyznaje, że ciężko mi idzie pisanie o książce, którą przeczytałem ponad miesiąc temu. Mam wrażenie, że jest mocno chaotyczne. ;)

1 komentarz:

  1. Nie jest tak źle, jeśli książkę czytałeś miesiąc temu :) W wolnej chwili zapraszam do siebie :)

    kotburry.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń