17 marca 2018

Jeffery Deaver - "Kolekcjoner kości" #UdającRecenzenta 8

"To jest czwarty kręg szyjny. Taki sam jak w twojej szyi. Ten, który uległ uszkodzeniu. Czy widzisz wypustki? (...) O czym myślisz, gdy patrzysz na niego? (...) Niektórzy moi pacjenci mówią, że wygląda to jak płaszczka. Inni, że jak statek kosmiczny albo samolot, albo ciężarówka. Gdy zadaję to pytanie, ludzie porównują kość do czegoś dużego. Nikt nie mówi: trochę wapnia i magnezu. Nie mogą pogodzić się z myślą, że coś tak małego mogło zamienić ich życie w piekło."



Lincoln Rhyme to jeden z najwybitniejszych kryminalistyków na świecie. Od czasu tragicznego wypadku jest sparaliżowany od szyi w dół. Przykuty do łóżka planuje samobójstwo, gdy od swojego dawnego partnera z policji otrzymuje propozycję, której nie może odrzucić...
Kolekcjoner Kości - morderca i porywacz mający obsesję na punkcie starego Nowego Jorku - zostawia wskazówki, które tylko Lincoln może odszyfrować. W wyznaczonym czasie, dzielącym od śmierci kolejne ofiary, Rhyme i Amelia Sachs - policjantka, która jest jego rękami i nogami - starają się znaleźć miejsca ukrycia porwanych, korzystając ze wskazówek podrzuconych przez Kolekcjonera Kości.
Czy były policjant będzie w stanie odkryć tożsamość mordercy nim będzie za późno? Czy wyjdzie zwycięsko z pojedynku w którym stawką jest życie, a przeciwnikiem wytrawnym gracz?
Powoli kryminalistyk zawęża krąg poszukiwań wokół porywacza. Jednak okazuje się, że Kolekcjoner Kości ma swoje plany i zaciska pętlę wokół Lincolna Rhyme'a...

Z pierwszym tomem przygód Lincolna Ryhme'a wiązałem spore nadzieję. Zewsząd dochodziły mnie opinię, że jest to książka od której nie sposób się oderwać, a intryga w niej zawarta to istny majsterszyk. Powiem Wam, że (w myśl zasady: lepiej się miło zaskoczyć, niż nie miło rozczarować) staram się podchodzić do tego typu opinii sceptycznie ale (!) czasami (podkreślam tylko czasami ;)) zdarza mi się zrobić wyjątek. I tak właśnie było tym razem.
Na całe szczęście, tym razem odejście od tej zasady i liczenie na naprawdę smakowite danie, nie zakończyło się książkowym zatruciem i koniecznością przejścia przymusowego detoksu. Tym razem trafiłem na kucharza, który z pozornie zwykłych produktów jest w stanie wyczarować danie, które zadowoli nawet najwybredniejszego smakosza kryminałów. 

PO PIERWSZE:  Wszechobecna napięcie, które od samego początku wpływa na prędkość czytania książki.

Chyba nikt nie lubi książek, których akcja rozwija się bardzo powoli. Takich w których trzeba z trudem przebrnąć przez dziesiątki stron, a czasem nawet setki, żeby "coś" zaczęło się dziać. Na całe szczęście "Kolekcjoner kości" nie należy do tego męczącej kategorii. Tutaj od samego początku nie możemy narzekać, że nic się nie dzieje, gdyż od pierwszych stron dostajemy smakowite kąski, które napędzają akcję, a wszechobecne napięcie i niepewność tego co się może za chwilę wydarzyć powoduje, że słowa zamieniają się w zdania, zdania w strony, a strony w rozdziały. A to wszystko dzieje się tak szybko, że ma się poczucie iż nie jest to książka mająca ponad 400 stron, tylko raczej jakaś krótka nowelka. Ale jest to niezaprzeczalnie jej wielki atut.

PO DRUGIE: Pasjonujący pojedynek na inteligencje: Ryhme vs Kolekcjoner kości.

Absolutnie uwielbiam gdy czytając książkę mam do czynienia z piekielnie inteligentnym i przebiegłym przestępcą. Wtedy ta rozgrywka "dobra ze złem", a konkretniej jej finał, wcale nie jest taką oczywistą sprawą. A jak na dodatek na przeciw tego mordercy stoi (a w tym przypadku raczej leży ;)) geniusz kryminalistyki i najwybitniejszy fachowiec przed którym miasto nie ma tajemnic, to możemy być pewni, że będzie się działo. Podrzucane na miejsce zbrodni wskazówki dotyczące kolejnych morderstw nakręcają tę spirale szaleństwa, która sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury książki, bo ciekawość tego kto wyjdzie zwycięsko z tego pojedynku sięga dosłownie zenitu.

PO TRZECIE:  Obrzydliwe zbrodnie, które tylko dodają książce pikanterii.

Oooo tak! Ja po prostu uwielbiam książki, które mają w swojej zawartości "na stanie" takie fragmenty, od których zawartość żołądka przeciętnego czytelnika zalicza przelot w  drugą stronę. Ale na szczęście mój żołądek jest najbardziej nieczułą częścią mojego ciała i tego typu opis są dla mnie wartością dodaną książki. Tak właśnie było tym razem. "Kolekcjoner..." zyskiwał na wartości gdy do akcji wchodziły "te opisy". Ja nie powiem, że reszta książki była miałka, nudna i niewarta uwagi (absolutnie tak nie było), no ale (to co teraz powiem może wydać się dziwne i niepokojące) czekałem na każdą kolejną zbrodnie kolekcjonera. To znaczy, to nie jest tak, że mu kibicowałem i życzyłem źle mieszkańcom Nowego Jorku. Po prostu... autor tak świetnie tworzył te zbrodnie, że chciało by się powiedzieć, że kilka morderstw więcej byłoby mile widziane. Ale się nie powie, bo przecież to nie w moim stylu. ;)

PO CZWARTE:  Scena finałowa i zakończenie...

Pozornie nie pasujące do siebie elementy, zdarzenia z przeszłości, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Coś jak elementy z dwóch różnych układanek... Wszystko to z każdą stroną zaczyna się układać w jedną logiczną całość. Wydarzenia czy słowa na które na początku zdawały się nie mieć znaczenia, na finiszu powieści, stają się być kluczem do sukcesu. Do powodzenia. Do rozwiązania zagadki, które jest kompletnie nieprzewidywalne. Czegoś takiego nie byłem w stanie przewidzieć. A sam sposób w jaki autor przekazał to czytelnikowi... Przepraszam ale nic więcej nie mogę powiedzieć. To po prostu należy przeczytać samemu. 

WNIOSEK: Jeśli poszukujecie pełnowartościowego kryminału, który dostarczy Wam masy emocji, inteligentnej intrygi i wyraziście skonstruowanych bohaterów, to właśnie go znaleźliście. "Kolekcjoner kości" to książka, którą polecę każdemu miłośnikowi gatunku. A kto jak nie ja ma się znać na dobrych kryminałach? No właśnie, to jest chyba najlepszy argument żeby poznać Lincolna Ryhme'a. Więc jeśli jeszcze nie znacie Deavera i jego twórczości to szorujcie czym prędzej do księgarni (ew. bibliotek ;)) i przenieście się na te kilka chwil do Nowego Jorku, gdzie spotkać możecie osoby z różnym fascynacjami. Jednych jarają samochody, innych mój profil na Instagramie ale są też osoby dla których największą pasją są kości i oczyszczanie ich ze wszystkich ścięgien...
Brzmi nieźle, co nie? ;)

2 komentarze:

  1. Czytaj dalsze części, bo też są fajne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro Ty tak mówisz, to z pewnością tak będzie. Zaufam Ci ;)

      Usuń